Działo się to na Warmii w ostatnią niedzielę maja roku pańskiego 2006. Diabeł zapewne chciał, aby trasy dwóch pielgrzymek skrzyżowały się właśnie w Mirocinie. Pierwsza to pielgrzymka piesza róż różańcowych do sanktuarium Matki Boskiej Niezawodnej Nadziei w Golubniu, druga to również pielgrzymka piesza, tyle że rodzin do sanktuarium Matki Boskiej Nieustającej Pomocy w Rydowałcie. Dla uproszczenia pierwsza pielgrzymka to Niezawodni, a druga to Nieustający.
Mirocin to wieś położona nad dwoma jeziorami. Aby ją przejść, względnie przejechać, trzeba około kilometrowy odcinek pokonać po grobli. Innej drogi nie ma. Ta jest niczego sobie, nawet porządna – tyle, że wąska. Samochód z trudem się mieści. Ludzie za to – owszem, swobodnie się poruszają, ale kiedy akurat jedzie auto, trzeba mu drogi ustąpić. Droga ta potocznie jest nazywana Tamką i każdy w okolicy wie, że tu nie o tamę chodzi, tylko o drogę.
Dzień był upalny, majowe łąki ożywione stokrotkami wydawały zapach przypisany tylko do nich. Symfonia zapachów, kolorów, dźwięków – wszystko to powodowało atmosferę radości i uniesienia. Obie pielgrzymki poruszały się fertycznie, z dala emanując pobożnym upojeniem. Śpiew, modlitwa i skupienie, chociaż w intensywnym marszu, to ostatnie było czymś, co raczej trudno osiągnąć. Były też mniej przyjemne akcenty, jak choćby kurz. Drogi, którymi przemieszczały się obie grupy, były stosunkowo suche. Tuman kurzu pozostawał za każdą z nich, czyniąc charakterystyczny obłok widoczny już z daleka. Przy zbliżeniu z kolei dało się słyszeć swoiste, charakterystyczne dla pielgrzymek charczenie głośników.
Nic nie zapowiadało tego, co miało się wydarzyć za chwilę na grobli. A wydarzyć się musiało, bo tak w jednym, jak i w drugim przypadku dotarcie we właściwe miejsce o właściwej porze miało niebagatelne znaczenie. Harmonogramy obu uroczystości przewidywały podniosły akt wyjścia pielgrzymki o ściśle określonej porze. Nie było zatem możliwości opóźnienia.
Kiedy stało się jasne, że do grobli z dwóch stron zbliżają się dwie pielgrzymki, w obu grupach zdało się słyszeć szepty niepokoju. W obu też panowało przekonanie o prawie pierwszeństwa. Naturalnym zachowaniem byłoby teraz zatrzymanie się przed groblą, ale nic takiego nie nastąpiło i to, czego należało uniknąć, zbliżało się nieuchronnie.
Do spotkania doszło niemal na samym środku przejścia. Ludzie z tylnych rzędów wyciągali szyję, żeby zobaczyć, co się dzieje. Ludzie z przodu zamierali w bezruchu, nie wiedząc, co robić. Przejście obu grup jednocześnie nie było możliwe ze względu na rekwizyty, które niesiono na przodzie procesji. U Nieustającej był to wielki obraz na sztaludze wielkości autobusu, wszystko to wsparte na nosidle dla co najmniej czterech osób. Podobnie u Niezawodnej było wielkie nosidło, tyle że na nim zamontowano figurę nadnaturalnych rozmiarów.
Minięcie się na grobli nie było możliwe, a ustąpić też nikt nie zamierzał. Przez chwilę stali w milczeniu i patrzyli na siebie z coraz większym wyrazem zaciekłości na ustach. To, że po przeciwnej stronie byli pobożni, rozmodleni ludzie, nie miało żadnego znaczenia. Wyczekiwanie niosło w sobie jakąś nadzieję, że za chwilę ktoś ustąpi i przejście będzie możliwe. Nic takiego jednak się nie stało i coś trzeba było zrobić. Pierwsze słowa padły ze strony Niezawodnej:
Historia pewnej okaryny i inne opowiadania - Andrzej Wojciechowski

Mirocin to wieś położona nad dwoma jeziorami. Aby ją przejść, względnie przejechać, trzeba około kilometrowy odcinek pokonać po grobli. Innej drogi nie ma. Ta jest niczego sobie, nawet porządna – tyle, że wąska. Samochód z trudem się mieści. Ludzie za to – owszem, swobodnie się poruszają, ale kiedy akurat jedzie auto, trzeba mu drogi ustąpić. Droga ta potocznie jest nazywana Tamką i każdy w okolicy wie, że tu nie o tamę chodzi, tylko o drogę.
Dzień był upalny, majowe łąki ożywione stokrotkami wydawały zapach przypisany tylko do nich. Symfonia zapachów, kolorów, dźwięków – wszystko to powodowało atmosferę radości i uniesienia. Obie pielgrzymki poruszały się fertycznie, z dala emanując pobożnym upojeniem. Śpiew, modlitwa i skupienie, chociaż w intensywnym marszu, to ostatnie było czymś, co raczej trudno osiągnąć. Były też mniej przyjemne akcenty, jak choćby kurz. Drogi, którymi przemieszczały się obie grupy, były stosunkowo suche. Tuman kurzu pozostawał za każdą z nich, czyniąc charakterystyczny obłok widoczny już z daleka. Przy zbliżeniu z kolei dało się słyszeć swoiste, charakterystyczne dla pielgrzymek charczenie głośników.
Nic nie zapowiadało tego, co miało się wydarzyć za chwilę na grobli. A wydarzyć się musiało, bo tak w jednym, jak i w drugim przypadku dotarcie we właściwe miejsce o właściwej porze miało niebagatelne znaczenie. Harmonogramy obu uroczystości przewidywały podniosły akt wyjścia pielgrzymki o ściśle określonej porze. Nie było zatem możliwości opóźnienia.
Kiedy stało się jasne, że do grobli z dwóch stron zbliżają się dwie pielgrzymki, w obu grupach zdało się słyszeć szepty niepokoju. W obu też panowało przekonanie o prawie pierwszeństwa. Naturalnym zachowaniem byłoby teraz zatrzymanie się przed groblą, ale nic takiego nie nastąpiło i to, czego należało uniknąć, zbliżało się nieuchronnie.
Do spotkania doszło niemal na samym środku przejścia. Ludzie z tylnych rzędów wyciągali szyję, żeby zobaczyć, co się dzieje. Ludzie z przodu zamierali w bezruchu, nie wiedząc, co robić. Przejście obu grup jednocześnie nie było możliwe ze względu na rekwizyty, które niesiono na przodzie procesji. U Nieustającej był to wielki obraz na sztaludze wielkości autobusu, wszystko to wsparte na nosidle dla co najmniej czterech osób. Podobnie u Niezawodnej było wielkie nosidło, tyle że na nim zamontowano figurę nadnaturalnych rozmiarów.
Minięcie się na grobli nie było możliwe, a ustąpić też nikt nie zamierzał. Przez chwilę stali w milczeniu i patrzyli na siebie z coraz większym wyrazem zaciekłości na ustach. To, że po przeciwnej stronie byli pobożni, rozmodleni ludzie, nie miało żadnego znaczenia. Wyczekiwanie niosło w sobie jakąś nadzieję, że za chwilę ktoś ustąpi i przejście będzie możliwe. Nic takiego jednak się nie stało i coś trzeba było zrobić. Pierwsze słowa padły ze strony Niezawodnej:
1/3 Następna strona
Historia pewnej okaryny i inne opowiadania - Andrzej Wojciechowski
Książka do nabycia
eKsięgarni DozaZine.pl
eKsięgarni DozaZine.pl





















