Wydaj Swoją książkę autorską - książki, tomiki poezji, prace naukowe, skrypty akademickie, albumy ... etc.
Doza Zine - Wydaj Swoją książkę




    

JÓZEF WÓJCIK - WOJNA I OKUPACJA NIEMIECKA PO PRZYŁĄCZENIU PÓŁNOCNEGO MAZOWSZA DO NIEMIEC

Informacje o artykule
 (Głosów #: 1)
8-01-2012, 16:50
JÓZEF  WÓJCIK - WOJNA  I  OKUPACJA NIEMIECKA PO PRZYŁĄCZENIU PÓŁNOCNEGO  MAZOWSZA  DO  NIEMIEC
W sierpniu 1939 roku sytuacja w kraju stawała się coraz bardziej napięta i nerwowa. Było to wyczuwalne nawet wśród dzieci, które, słuchając co mówią w domu rodzice na tematy polityczne, komentowały to na swój sposób wśród rówieśników.

Wśród dorosłych i dzieci kursowały różne przepowiednie, dowcipy i piosenki na temat Hitlera i Państwa Niemieckiego. Całe społeczeństwo, słuchając zapewnień władz, wierzyło w siłę Państwa Polskie-go i jego armię. Wszyscy twierdzili, że nie oddamy nawet jednego guzika bez walki. Zaczęto wprowadzać różne zarządzenia i pouczenia, jak zachowywać się w czasie ataku bombowego i gazowego. Na spotkaniach z mieszkańcami instruktorzy objaśniali, jak wykonać najprostszą maseczkę przeciwgazową, jak kryć się w czasie nalotu lotniczego i jak opatrzyć oparzenia i rany, a potem dostarczyć poszkodowanego do punktu sanitarnego czy też szpitala. Polecono, aby szyby w oknach zostały oklejone na krzyż paskami papieru. Organizowano straż obywatelską w celu zwalczania pożarów oraz ochrony mostów, przeciw dywersji i szpiegostwu wroga.

Ojciec mój, który był dróżnikiem, organizował ludzi do ochrony mostów na swoim odcinku pracy od wsi Szczuki do wsi Młodzianowo. Chętnie do tych dyżurów zgłaszali się mężczyźni nie podlegający powszechnej mobilizacji. Byli to uczestnicy I Wojny Światowej, Wojny z Bolszewikami i peowiacy. W powietrzu czuło się jakąś pełną napięcia, dziwną atmosferę lęku i niepewności przed tym, co nastąpi.

W drugiej połowie sierpnia 1939 r. na szosie, od strony Makowa Mazowieckiego i Pułtuska, w kierunku Przasnysza i Mławy zaczęły iść jednostki Wojska Polskiego, głównie strzelcy konni, artyleria różnego kalibru w zaprzęgach po 6 lub 8 koni, jaszcze z amunicją, tabory konne. Jechało trochę samochodów starych typów, jeszcze z napędem łańcuchowym na tylne koła, głównie jako sanitarki oznaczone czerwonym krzyżem.

W ostatnich dniach sierpnia z łoskotem, wzbudzając sensację, przetoczyły się chyba w liczbie 9 sztuk tankietki z dwuosobowymi załogami i małe oddziały rowerzystów. Wszystkie te jednostki Wojska Polskiego zmierzały, prawie co dzień, przed nocą, w stronę granicy z dawnymi niemieckimi Prusami Wschodnimi. Niektóre z nich zatrzymywały się w naszej miejscowości na nocleg a nawet dzienny odpoczynek.
Mieszkańcy jak tylko mogli okazywali swoją życzliwość i pomoc, częstując mlekiem i herbatą, prosząc, by brali na drogę. Żołnierze za jedzenie zwykle dziękowali, bo w kuchniach polowych mieli go dosyć. Dla chłopców w moim wieku wszystko to było tak absorbujące i ciekawe, że biegaliśmy z miejsca na miejsce, żeby się przyjrzeć a nawet dotknąć jakiejś broni czy sprzętu. Z tamtych dni zapamiętałem, między innymi, takie zdarzenia. Na nocny odpoczynek zatrzymali się żołnierze jadący na koniach i z ciężkimi karabinami maszynowymi na siodłach. Był bardzo ciepły, wręcz gorący dzień. Całą gromadką gapiliśmy się na to, co robią żołnierze. Jeden z nich – kapral, spytał nas, gdzie tu można znaleźć „trochę większej wody”, bo chcieliby się z kolegami wykąpać. Kiedy dowiedział się, że na rzece Węgierce jest kilka większych dołów i jest takie miejsce, gdzie fornale dworscy po pracy pławią swoje konie, poprosił, aby ich tam zaprowadzić. Cała nasza gromada chłopców i żołnierze wraz z końmi poszła pływać. Dół był niewielki. My wszyscy umieliśmy pływać, więc byliśmy trochę rozczarowani, widząc, że niektórzy żołnierze tego nie umieli. Gdy koń tracił grunt pod nogami i zaczynał płynąć, trzymali się jego ogona. Ci, którzy umieli pływać, trzymając konia za uzdę, płynęli koło niego.

Innym razem przed nocą przybył do naszej wsi również duży oddział konnego wojska. Byli bardzo zmęczeni i położyli się zaraz spać po domach i w stodołach. U nas też, w małej szopie na sianie, spało kilku żołnierzy. Rano rodzice zabronili nam wykonywania zbędnych czynności, aby im nie przeszkadzać. Gdy znalazłem się na drodze koło domu, spostrzegł mnie jakiś oficer i poprosił, abym obudził najstarszego spośród śpiących u nas żołnierzy i przekazał mu żeby, szybko przyszedł do sąsiedniego domu. Znając już stopnie w wojsku polskim, obudziłem porucznika. Zrobiłem nieco zamieszania, ponieważ się okazało, że był potrzebny wachmistrz – pan trochę już siwiejący, najstarszy wiekiem. Wachmistrz poszedł, gdzie trzeba, ale porucznik już nie zasnął. Pamiętam, że z tego powodu miałem wyrzuty sumienia, że porucznik nie wyspał się przez moją pomyłkę.

W ostatnich dniach sierpnia, po przejściu głównych oddziałów wojskowych w stronę granicy, całą szosę pokrywał koński nawóz – tak jak w stajni. Przeważnie na koniach opierał się transport, nie tylko ludzi, ale też armat i całego wojskowego wyposażenia. W końcu ruch wojska w stronę granicy uległ całkowitemu zahamowaniu. Szosa była pusta. Zapanowało oczekiwanie, co w najbliższych dniach nastąpi, czy pokój będzie uratowany, czy też zacznie się wojna.


* * *

W końcu 1 września 1939 roku rano obiegła wiadomość, że Niemcy na-padły na Polskę. Przed południem na niebie pojawiło się kilka samolotów. Leciały tak nisko, że widzieliśmy biało-czerwone szachownice na ich skrzydłach. Były to dwusilnikowe bombowce PZL-37 ”Łosie”. Leciały w dużych odstępach w kierunku Prus Wschodnich.

Pierwszego i drugiego września słychać już było odległy huk armat. Zaczęły krążyć różne wiadomości, te z radia, dotyczące całej Polski, i te przekazywane z ust do ust, o sytuacji z frontu za Mławą. Były one różne, raz, że nasi poszli w głąb Prus Wschodnich, drugi raz, że Niemcy przekroczyli naszą granicę i walki toczyły się w okolicach Mławy i Chorzel.

Chyba 3 września z frontu wróciły i zatrzymały się w Szczukach dwie tankietki, spośród tych kilku, które poszły na front. Otoczyło je kilku mężczyzn, nie zabrakło i nas – dzieci. Wypytywano czołgistów o wiadomości z frontu walk w okolicach Mławy. Nie kryli tego, że ich koledzy albo zginęli w walce, albo musieli opuścić uszkodzone pojazdy niezdolne do dalszej walki.

Z ich wypowiedzi wynikało, że przewaga niemiecka jest miażdżąca i chyba dopiero na umocnieniach nad Narwią uda się nieprzyjaciela zatrzymać. Poradzili, żeby uciekać za Narew, do bezpiecznej strefy. Te i inne wiadomości zmobilizowały moich rodziców do ucieczki przed Niemcami za rzekę, a potem do rodziny ojca w okolicach Kałuszyna. Jeszcze tego dnia nawiązaliśmy kontakt z rodziną matki w Szlasach-Łozino. Oni też zdecydowali się na ucieczkę przed Niemcami. Na drugi dzień rano szybko zapakowaliśmy się na spory dwukołowy wózek, który do tej pory służył do przywożenia trawy i innej paszy dla krów.
Zabraliśmy dla naszej rodziny składającej się z 7 osób – rodziców i dzieci: 8-letniej siostry i czterech braci w wieku 10, 12, 14 i 19 lat, najpotrzebniejsze rzeczy osobiste, pościel, rodzinne pamiątki oraz słoninę i chleb, suchy prowiant potrzebny na kilka dni w pieszej wędrówce za Narew i dalej, do rodziny ojca. Z posiadanych trzech rowerów 19-letni brat Wacław zabrał jeden. Pozostałe dwa ojciec rozebrał i zabezpieczone zakopał wraz z jakimiś innymi przedmiotami, aby uchronić je przed pożarem lub kradzieżą. Gdy już spakowaliśmy się do drogi, przed domem zatrzymał się samochód, z którego razem z kierowcą wysiadł podpułkownik i spytał matkę, czy uciekamy przed Niemcami, bo jeżeli tak, to chce zatrzymać się tu ze swoim sztabem.

Matka odbyła z nim krótką rozmowę na temat, czy dobrze robimy uciekając za Narew. Oficer ten, już prawie siwy pan i bardzo taktowny w stosunku do mojej matki, oświadczył, jak zapamiętałem, że te szelmy mają dużą przewagę i dopiero na Narwi, gdzie są umocnienia, uda się ich zatrzymać. Żołnierz postawił przy furtce jakiś kolorowy proporczyk, a my ustawiliśmy się przy wózku, aby pchać go w nieznane.

Przed odejściem brat Wacław, który był wielkim miłośnikiem gołębi, a miał ich przeszło 60 sztuk kilku gatunków, rozsypał na podwórku pół worka pszenicy, aby gołębie mogły dłużej przetrwać, a może nawet dożyć jego powrotu z ucieczki.





Wspomnienia o latach, które dawno minęły - Józef Wójcik

JÓZEF  WÓJCIK - WOJNA  I  OKUPACJA NIEMIECKA PO PRZYŁĄCZENIU PÓŁNOCNEGO  MAZOWSZA  DO  NIEMIEC

Książka do nabycia
eKsięgarni DozaZine.pl




Tagi dla tego artykułu: JÓZEF, WÓJCIK, WOJNA, OKUPACJA, NIEMIECKA, PRZYŁĄCZENIU, PÓŁNOCNEGO, MAZOWSZA, NIEMIEC, książki, książka, wydawnictwo


Podziel się !

Delicious'da Share  Share on Facebook  Friendfeed Share  Google Shared  StubmleUpon'da Share
Digg'de Share  Netvibes'de Share  Reddit'de Share

Znajdujesz się na stronie jako gość.
Przejdź do rejestracji lub zaloguj się na stronie.

Dodawanie komentarzy

Nick:*
E-Mail:*
Komentarz:
Kod bezpieczeństwa: *

  • Zaloguj